Webquest „Europa feudalna”
Rzymska uczta...
O stylistyce - nieco inaczej…
Na ostatnich zajęciach, w klasie 4 A, uczniowie konstruowali mapy mentalne dotyczące funkcjonalnych stylów języka polskiego. Wykazując się kreatywnością przedstawili charakterystyczne cechy stylu naukowego, urzędowego, publicystyczno-dziennikarskiego oraz artystycznego.
Ostatnimi czasy mieliśmy do czynienia z wybuchem wulkanu na Islandii, wybuchem o wielkiej skali na miarę światową. Z sprawą materiału piroklastycznego, który dzieli się na piaski i popioły wulkaniczne unoszące się w powietrzu na wysokości ok. 6km, ruch lotniczy na całym świecie został wstrzymany.
Tak jak się to zazwyczaj zdarza, wulkan wyrzucił dużą ilość materiału i bomb wulkanicznych, a wypływ lawy był niezauważalny. Islandia jest położona na złączeniu dwóch płyt tektonicznych: płyty amerykańskiej i euroazjatyckiej. Z tego powodu podczas zderzeń i wypływów magmy z wnętrza Ziemi, zdarzają się erupcje. Islandia dzięki takim erupcją zawdzięcza swoje istnienie, ponieważ jest zbudowana z lawy i na jej, dosyć niewielkim obszarze, posiada szereg wulkanów m. in. Heklę, Katlę, Askję, Grimsvötn, Hvannadalshnúkur. Pod wulkanem znajduje się wiele warstw, pod którymi można zlokalizować magmę. Magma ta powstaje w procesie nazwanym plutonizmem. Dostaje się ona do wulkanu przez batolity, dookoła których są dajki, lopolity i sille. Wulkany na Islandii przybierają formę kraterów pasożytniczych lub stożków wulkanicznych. Zdarzają się również kaldery i trapy. Wulkany dzielą się także pod względem erupcji. Wymieniamy zatem wulkany eksplozywne, lawowe i tarczowe.
Naukowcy mogą przewidywać takie wypadki z tygodniowym lub miesięcznym wyprzedzeniem, dzięki obserwacji wód termalnych i gejzerów. Większą aktywność wulkanu można również poznać po zmianie rzeźby terenu, poziomie i chemii wód podziemnych. Do symptomów zwiastujących erupcję zaliczają się także anomalie grawitacyjne i magnetyczne, zarejestrowane przez specjalne urządzenia.
„Islandia weszła w fazę wysokiej aktywności wulkanicznej, dlatego w najbliższych latach trzeba się spodziewać więcej zakłóceń lotów w rejonie Atlantyku Północnego” - ostrzegają wulkanolodzy. Musimy się zatem na to lepiej przygotować, by mieć możliwość zapobiegnięcia podobnym katastrofom.
Na ukształtowanie krajobrazu Polski w głównej mierze wpływ miało oddziaływanie lodowca oraz wód fluwioglacjalnych, a także procesów peryglacjalnych obejmujących szeroką strefę na przedpolu lądolodu.
Rzeźba terenu uległa zmianie na obszarach znajdujących się w środowisku peryglacjalnym, gdzie dominuje wietrzenie mrozowe, prowadzące do powstania gołoborzy w okolicach Gór Świętokrzyskich czy też Karkonoszy. Ze środowiskiem peryglacjalnym związane były również procesy eoliczne, które doprowadziły do powstania wydm śródlądowych, pokryw lessowych i pokryw piasków eolicznych.. Z kolei na lessach rozwinęły się czarnoziemy (min. okolcie Wyżyny Sandomierskiej i Lubelskiej).
Lądolód skandynawski wkroczył na obszar Polski kilkakrotnie. Miało to miejsce w okresach glacjałów, które poprzedzane były interglacjałami. Naukowcy nadal jednak prowadzą spekulacje na temat rangi i liczby zlodowaceń, a także ich nazewnictwa. Każdy z poszczególnych lądolodów dysponował różnym zasięgiem. Jak oszacowano, zlodowacenie sanu dotarło najdalej na południe, w okolice Karpat i Sudetów.
Osady oraz formy pozostawione przez starsze zlodowacenia były kolejno przekształcane przez lądolody. Zwróćmy uwagę, iż najlepiej są one zachowane na terenach dotkniętych przez zlodowacenie wisły, gdzie występują takie formy polodowcowe jak równiny sandrowe, ozy, kemy, pagórki morenowe, jeziora polodowcowe (rynnowe, międzymorenowe, oczka, wytopiskowe). Również pradoliny, między innymi toruńsko-eberswaldzka i warszawsko-berlińska mają związek z fazami wymienionego wcześniej zlodowacenia.
Wpływ na powstanie lodowców górskich w Karkonoszach i Tatrach miało ochłodzenie klimatu, co wiązało się także z powstaniem licznych form polodowcowych oraz z przekształceniem rzeźby na tych obszarach.
Informuję, że jako mieszkanka Huty Dłutowskiej mam nieprzyjemny obowiązek zawiadomić szanowne władze, iż jestem wysoce zdegustowana nieustającymi przerwami w dostawie prądu, które miały miejsce przez ostatnie parę tygodni. Żaden mieszkaniec nie ma własnego generatora prądu, więc bez prądu ciężko jest nam poradzić sobie z codziennymi potrzebami, takimi jak gotowanie obiadu czy uzyskiwanie ciepłej wody w celu umycia ciała. Sądzę, że sołtys winien jest przeprosiny nam, mieszkańcom, gdyż utrudniło to w znacznym stopniu nasze życie.
By w przyszłości nie narażać się na niezadowolenie ze strony obywateli naszego miasta, uprzejmie radzę i proszę o uprzednie zawiadamianie o wszelkich planowanych naprawach w elektrowni, a co za tym idzie, o przerwach w dostawie prądu. Mam także nadzieję, że w przyszłości będzie się to odbywało znacznie rzadziej. Liczę o szybkie i pozytywne rozpatrzenie mojej prośby.
Na ekranie kina pojawił się ostatnio film amerykańskiego reżysera Martina Scorsese’a. Jest to dramat opowiadający o szpitalu/więzieniu dla ludzi szczególnie niebezpiecznych, obłąkanych. Samo wybranie bezludnej wyspy, jako miejsce akcji, jest już jednym z tych kluczowych punktów, dla których film odnosi takie sukcesy. Pomysł fabuły byłby bez szans, gdyby nie olbrzymia wyobraźnia producenta filmowego.
Już na samym wstępie, dzięki odpowiednio dobranej muzyce, czujemy się jak w horrorze. Cała akcja rozkręca się powoli, ale nie brakuje ciągłego napięcia i obawy, co dalej będzie się działo z głównym bohaterem. Film nie trwa ani za krótko ani za długo. Jednak ekranizacja byłaby bardziej zrozumiała dla odbiorców, gdyby zawarto w niej mniej wątków.
W trakcie oglądania można często pogubić się w akcji, ale jest na to wytłumaczenie – taki był po prostu zamysł Martina Scorsese’a. Oglądając film nie wiemy, czego się spodziewać i co może nastąpić.
Dobranie odpowiedniej obsady też nie było bez znaczenia. Na czele listy góruje Leonardo DiCaprio, który znakomicie pasował do odgrywanej przez siebie roli. W filmie wystąpili także m.in. Mark Buffalo, czy chociażby zdobywca Oscara Ben Kingsley. Dobrym chwytem zastosowanym w filmie jest niejednoznaczne zakończenie. Widz nie jest w stanie powiedzieć dokładnie, jaki jest bohater i czy cały film nie był tak naprawdę jego przywidzeniem/snem. Taki zabieg wywołuje ciągły szum i zainteresowanie filmem, co możemy zauważyć na wszelkich forach internetowych, a nawet bezpośrednio wychodząc z sali kinowej.
Michel Saakaszwilii przyleciał na pogrzeb Prezydenta RP mimo trudności komunikacyjnych – nie przeszkodziła mu chmura pyłu, która była powodem nieobecności wielu delegacji rządowych.
Zdeklarowany przyjaciel Lecha i Marii Kaczyńskich, podczas drogi na uroczystości, zmuszony był lądować w Portugalii i we Włoszech, skąd udał się do Turcji, a następnie do Rumunii – dopiero z tego kraju udało mu się przylecieć do Polski.
Z powodu trudności w komunikacji lotniczej wiele delegacji rządowych odwołało swoje wcześniejsze deklaracje o przybyciu na pogrzeb pary prezydenckiej – nie pojawiła się m. in. Kanclerz Niemiec - Angela Merkel, prezydent Francji - Nicolas Sarkozy oraz reprezentanci UE – donosi PAP.
Barack Obama nie przyleciał na uroczystości pogrzebowe, które odbyły się 18 kwietnia w Krakowie. Zamiast tego spędził czas grając w golfa – donosi The Washington Times. Nagła zmiana planów spowodowana wybuchem wulkanu nie przeszkodziła mu w zaplanowaniu dnia. Nie jest to jedyne uchybienie ze strony prezydenta USA. Barack Obama nie pojawił się ani razu w polskiej ambasadzie w Waszyngtonie, ani nie wpisał się do księgi kondolencyjnej. Jedynym gestem był wieniec złożony w Krakowie przez ambasadora USA – Lee Feinsteina.
[…] I gdzieś tam daleko za płomiennym horyzontem, który zachodzące brzoskwiniowe słońce rozświetla, jest chatka, gdzie serce i duch mój spoczywa. To tam, dni radosne dzieciństwa mego pozostawiłem, i dalej swe przeżycia kruche do niego kieruję. To właśnie w tym domostwie wychowałem się i w nim najlepsze lata mojej marnej egzystencji, która nicość swą ujawnia właśnie w tej chwili, spędziłem jakże wspaniale u boku mojej matki kochanej. Tej, której bliskości brak doskwiera mi najbardziej w czasie obecnego pobytu mego na obczyźnie. Sama świadomość, że być może nigdy tam nie powrócę, godzi we mnie jeszcze bardziej. Lecz trzeba być w głębi mocnym, bez najmniejszej walki w tym, bezcielesnym, wymiarze człowieka, walki z samym sobą, ze świadomością swoją, nie można stawiać się w roli męczennika. Nawet gdy ten bój żadnego owocu nie przyniesie, można jedynie myślą, że podjęło się ów trud samej próby, wzmocnić. A gdy efekty wymierne z tego przyjdą – wtedy będzie można mówić o sukcesie w sferze emocjonalnej, która jakże jest zmienna. […]
Lekcja języka polskiego w klasie II gimnazjum: Sąd nad Balladyną - drama.
SCENARIUSZ ROZPRAWY SĄDOWEJ
Piękna nasza polska mowa!
Lekcja języka polskiego: Problematyka "Bursztynów" Zofii Kossak-Szczuckiej
Na jednej z lekcji języka polskiego klasa III gimnazjum zorganizowała mini-muzeum. Uczniowie prezentując przyniesione przez siebie eksponaty, musieli uzasadniać ich związek z wybranym opowiadaniem, dotyczącym historii Polski. Okazało się, że historia jest zaklęta w przedmiotach…, a uczniowie świetnie znają lekturę.
Lekcja języka polskiego: "Dydaktyczny charakter bajek Ignacego Krasickiego"
Niektórzy utalentowani uczniowie II klasy gimnazjum postanowili nie tylko przeczytać i zinterpretować bajki mistrza, ale sami napisać podobne. Miłej lektury…
Anna Marynowska
"Chłopiec"
Był sobie chłopiec piękny, wesoły za nic miał wiarę, przyjaźń i szkoły. Bawił się ciągle, pił bez umiaru. Tracił przyjaciół i zdrowie pomału. Nie słuchał uwag, ani rad życzliwych. Cenił towarzystwo fałszywych i chciwych. Dobra nie doceniał, z życia żartował, przed konsekwencjami głowę w piasek chował. Tak mijały lata nudne i bez ludzi. Trwała monotonia, która zapał studzi. Wokół była pustka, niechęć, ból i trwoga. Coraz częściej wracał myślami do Boga. Los wymierzał chłopcu wciąż kolejne kary: brakowało zdrowia, pieniędzy i wiary. I wtedy zrozumiał, przyznał w duchu skrycie dwóch rzeczy nie cenił w życiu należycie. Jedną była młodość, której szansy nie dał. Drugą dobre zdrowie, które tak zaniedbał Dziwił się leniwiec zerkając z wysoka. Co to za zwyczaje ? Co to za epoka? Wszyscy zaganiani, bez tchu wciąż pracują. Marnują czas wolny, zdrowie swe rujnują. Po co ten wysiłek? Toć to strata czasu! Po co tym zwierzętom te tony zapasów? I tak się wyśmiewał, drwił będąc w bezruchu aż w pewnym momencie poczuł ssanie w brzuchu. Długo walczył z głodem, z niechęcią do pracy. Nikt jednak nie podał jedzenia na tacy. W końcu, by mógł przeżyć, wziął się do roboty i nabrał do życia nareszcie ochoty. Bo prawda ta jest znana od początku świata, gdzie się z chęcią zejdzie praca, tam się hojnie trud opłaca.
Michał Psujek
"Myszki"
Dwie myszki małe - biała i czarna na spacer się wybrały. Po godzinie były zmęczone, więc rzekły: - "Co tu począć, trzeba by chwilkę odpocząć". Zakradły się do stodoły, gdzie stały pełne zboża wory. Czarna woła - "Widzę jedzenia furę, więc wdrapmy się na górę ". Jadły, piły i tak się gościły, że nie zauważyły pewnego bardzo przebiegłego myśliwego. Zajęte sobą dalej podjadały i przez nieuwagę przez kota pożarte zostały.
"Krokodylek"
W dalekiej Afryce zwierzęta żyją różne: lwy, zebry, słonie, goryle i krokodyle. Żyją niby w wielkie harmonii ale tylko wtedy, kiedy ich nikt nie goni. Lecz są niestety w ich życiu chwile, że muszą za wodą biegać długie mile. Upał daje im się we znaki, myślą sobie: - "Co tu począć w upał taki?" Raz krokodylek marzył sobie: - "Przydałby się stawik mały, gdy z nieba leci żar jak oszalały". Napotkawszy trochę wody, daje susa dla ochłody. Zmieszał wodę z błotem, nie myśląc, co będzie potem.
Maksym Mikołajczyk
"Dzięcioł i robaczki"
Dzięcioł w drzewo stukał, polski dzięcioł przecie. Rozeźlił się strasznie, głodny, sami wiecie. "Robaczki, wyłaźcie, bo ja nie na żarty. Stukam całkiem serio, aż dziobek mam starty." "Nogi za pas, Uciekajmy! To poważna sprawa. Polski dzięcioł, na głodniaka, to rozbój i draka." Tak obiadek choć nie zając, jeszcze da drapaka. Chcesz się najeść, nie hałasuj, ot i rada taka.
Sprawozdanie z warsztatów TiSZ 30 listopada
Poniedziałkowy wieczór w Teatrze Pinokio był pełen niezapomnianych wrażeń. Zebraliśmy się około godziny 18. Dyrektor krótko wprowadził nas w klimat andrzejek, zachowując jednak nutkę tajemniczości. Zapoznał nas między innymi ze sposobami oszczędzania w teatrze (na przykład na oświetleniu ;-). Zatem pogasły wszystkie światła... Podzieleni na dwie grupy i zaopatrzeni w latarki ruszyliśmy na zwiedzanie budynku. Na korytarzach porozstawiane były świece, co sprzyjało aurze tajemniczości. Pierwszym pomieszczeniem, do którego się udaliśmy była poczekalnia przed pokojem dyrektora. Ze zdumieniem ujrzeliśmy nieruchomą panią reżyser i kościotrupa. Szkielet miał symbolizować aktora, który nie doczekał się swojej roli... Gdy w poczekalni zapalono świecę, zastygłe w bezruchu postacie ożyły i rozpoczynała się akcja niczym z Szekspirowskiego dramatu! Kiedy ogień gasł wszystko na powrót zamierało... Podobna sytuacja powtarzała się kilkakrotnie - zapalanie i gaszenie świec (jak w IV części "Dziadów" Mickiewicza) decydowało o początku i końcu sceny. Następnie powędrowaliśmy piętro wyżej - do pracowni krawieckiej. Tutaj mieliśmy szansę podziwiać krawcową przy pracy - szyjącą stroje dla aktorów. Choć początkowo siedziała jak skamieniała, po zapaleniu świecy ożyła i zaczęła kląć pod nosem (zupełnie jak szewc, a nie jak krawcowa). Była wściekła na to, że musi zostawać po godzinach tylko dlatego, że jakaś aktorka przytyła! Później dotarliśmy do pracowni plastycznej, gdzie czekała nas kolejna niespodzianka... Gdy tylko weszliśmy, z wanny wyłoniła się przerażająco ucharakteryzowana postać. Poczuliśmy się jak uczestnicy prawdziwego horroru. Kobieta przedstawiła nam wycinek z życia lalkarki. Zachowywała się jak szalona: tu coś przycinała, tu coś dolepiała, z impetem wierciła dziurę w brzuchu lalki, by ta miała więcej wnętrza! Całość opatrzona była dowcipnym, trafny komentarzem z przewagą "czarnego humoru". Kolejnym punktem zwiedzania była pracownia techniczna, w której zastaliśmy mężczyznę, który również zachowywał się jak opętany. Dopracowywał on twarz Pinokia, mówiąc do lalki: "Będziesz kłamał, Pinokio?!" A nie słysząc odpowiedzi przycinał mu raz po raz kawałek nosa... Jako ostatnie zwiedziliśmy sale teatralne oraz kulisy. Pani reżyser sprawiła, że sami mogliśmy poczuć się jak aktorzy. Dostaliśmy zadanie - przedstawić scenę bitwy pod Grunwaldem w zwolnionym tempie. Odgrywaliśmy tę scenę kilka razy, zanim spodobała się pani reżyser i dyrektorowi. To była świetna zabawa! Całość skończyła się około godziny 19.30, po czym w doskonałych nastrojach rozeszliśmy się do domów. Odmienny przebieg i charakter tego spotkania wszystkich zaskoczył i choć przypominało ono raczej HELLOWEEN niż ANDRZEJKI to życzylibyśmy sobie więcej takich imprez!
Marysia Kleska - uczennica I kl. gimnazjum
Kontynuacja cyklu lekcji języka polskiego z serii "Malujemy wiersze"
Tym razem ze pędzle chwycili uczniowie klasy III naszego gimnazjum. Dokonali przekładu intersemiotycznego sonetu Jana Kasprowicza "Krzak dzikiej róży w Ciemnych Smreczynach".
Przy okazji tej twórczej pracy musieli przypomnieć sobie znaczenie takich terminów jak: impresjonizm, symbolizm czy synestezja. Niektórzy z powodzeniem zastosowali w swoich pracach technikę zwaną pointylizmem (neoimpresjonistyczna technika polegająca na zapełnianiu obrazu gęsto rozmieszczonymi, różnobarwnymi punktami i kreskami kładzionymi na płótno czubkiem pędzla. Bazowała na XIX i XX-wiecznych odkryciach z zakresu optyki, wskazujących, iż niewielkie płaszczyzny czystych kolorów położone obok siebie, a oglądane z oddali, mieszają się "w oku" tworząc inny kolor).
"Krzak dzikiej róży w Ciemnych Smreczynach"
Sonet I
W ciemnosmreczyńskich skał zwaliska, Gdzie pawiookie drzemią stawy, Krzak dzikiej róży pąs swój krwawy Na plamy szarych złomów ciska. U stóp mu bujne rosną trawy, Bokiem się piętrzy turnia śliska, Kosodrzewiny wężowiska Poobszywały głaźne ławy... Samotny, senny, zadumany, Skronie do zimnej tuli ściany, Jakby się lękał tchnienia burzy. Cisza... O liście wiatr nie trąca, A tylko limba próchniejąca Spoczywa obok krzaku róży.
Komentarze uczniów:
- "Podczas malowania łatwiej wyobrazić sobie obraz poetycki zawarty w wierszu".
- "Żeby dobrze wykonać taką pracę, trzeba naprawdę się wczytać w wiersz".
Lekcję przygotowała Weronika Kozera-Huszczo.
Po raz drugi bawimy się powieścią W. Gombrowicza "Ferdydurke".
Tym razem uczennice klasy IB1 postanowiły napisać własne, twórcze, pomysłowe i niezwykle ciekawe teksty dotyczące tej innowacyjnej lektury.
Lekcję przygotowała Justyna Klink.
Zapraszamy wszystkich do lektury - naprawdę warto! Wena twórcza godna pozazdroszczenia!
Drodzy uczniowie!
Nazywam się Henryk Prymusiewicz i jestem przedstawicielem Młodzieżowego Towarzystwa Zdrowego Rozsądku. W skład naszego zgrupowania wchodzi pięciu członków:
Owa organizacja powstała w roku 2006, aby oświecić młodzież polską. Co więcej, nasze stowarzyszenie żąda wprowadzenia obowiązkowego Gombrowicza oraz obowiązkowego Słowackiego, gdyż w przypadku pominięcia dzieł tych wielkich twórców, młodzi ludzie zmienią się w patologię!
Już dziś możemy mówić o dramatycznych zmianach w mentalności naszej, niegdyś złotej, młodzieży. Na co dzień cechują ją: niechlujstwo, niezainteresowanie literaturą, brak mobilizacji do nauki, mierne stopnie… A w zamian za to, co? Hulanki i swawole w głowach!
Młodzież polska przeżyła po prostu amnezję i w naszym interesie jest ją oświecić, aby wreszcie odzyskała świadomość tego, co tak naprawdę ważne. Pomóc w tym może tylko obowiązkowy Gombrowicz i Słowacki!
Bo czyż Profesor Pimko z "Ferdydurke" nie jest dość motywujący, czy godna postawa Pylaszkiewicza nie jest wzorem do naśladowania? A dajmy na to, ten Gałkiewicz… Na jego przykładzie można by stwierdzić: "Tak właśnie nie należy się zachowywać!" Rzecz jasna, Słowacki też jest konieczny, bo to przecież Słowacki wielkim poetą był! Nawiasem mówiąc, jest to jedno z naszych wspaniałych haseł reklamowych.
Zatem ja, Henryk Prymusiewicz, i moi koledzy z Młodzieżowego Towarzystwa Zdrowego Rozsądku ponownie apelujemy do naszej drogiej młodzieży, aby wreszcie zmądrzała. Zamiast zajmować się zabawami, powinniście czytać, czytać, czytać i jeszcze raz czytać. Czy podoba się to wam, czy nie, musicie zacząć czytać książki, bo tylko ten, który je czyta jest inteligentnym człowiekiem.
Podpisano
Towarzystwo Zdrowego Rozsądku
Napisała niejaka Agata Mielczarek
"Opowiadanie o lekcji innej niż wszystkie"
Ciepłe strugi światła wpadały poprzez niemyte od miesięcy okna letniej szkoły ogólnokształcącej dla bęcwałów im. Witolda Gombrowicza w Warszawie. Był 25 lipca 1969 roku, godzina 12:04, 32 stopnie w cieniu. Klasa 2A oczekiwała swojego oryginalnego nauczyciela języka polskiego. Profesor Nowakowski toczył się po korytarzu w zawrotnym żółwim tempie. Miał niecałe 180 cm wzrostu, rude włosy, piegi rozsypane po całej twarzy i ważył, tak na oko, 150 kilogramów. To całkiem sporo jak na niewysokiego sześćdziesięcioczterolatka, dlatego też posiadał dość nietypowy pseudonim dyskretnie powiązany z jego tuszą - patapouf .Gdy mężczyzna wkroczył do Sali numer 82, rozmowy oraz krzyki zaczęły powoli cichnąć. Po 3 minutach zapanowało kompletne milczenie.
Patapouf przemknął przenikliwym wzrokiem po przerażonych twarzach dwudziestu pięciu uczniów ślepo wlepiających w niego swe oczy. Wstał i na bordowej tablicy zapisał temat lekcji: "Dzieła i pisarze wszechczasów." Wszyscy posłusznie wyciągnęli swoje kajeciki i pośpiesznie zanotowali to zdanie. Nauczyciel usiadł i zaczął świdrować wzrokiem po liście uczniów. Z łatwością można było wyczuć, że zaraz jakiś męczennik zostanie poproszony do odpowiedzi. Prymusi z pierwszych ławek siedzieli wyprostowani z nienagannie zapiętymi guziczkami od szkolnego mundurka, co ewidentnie wskazywało na ich perfekcyjne opanowanie materiału. Większość klasy starała schować się za ich plecami, niektórzy kucali w swoich ławkach, by być nieosiągalnym dla surowego wzroku Patapouf'a. Profesor nagle spojrzał przed siebie i zaczął intensywnie prowadzić jakieś tajemnicze rachunki. Mruczał oraz potakiwał jednocześnie : "Dziś mamy dwudziesty piąty minus 7, bo jest lipiec…ale mój ulubiony miesiąc to wrzesień więc trzeba dodać dwa…NUMER DWADZIEŚCIA!" Niestety, los tego dnia nie był łaskawy dla Janka Motyki. Oblany zimnym potem nastolatek skulił się jeszcze bardziej, prawie zsuwając się z krzesła, pragnąc tylko jednego - by być niewidzialnym. Uradowany profesor Nowakowski zachęcał ucznia słowami pełnymi satysfakcji: "Żwawo, żwawo kolego! Pokaż nam co potrafisz!" Był to chłopiec wesoły, dynamiczny, którego marzeniem było zostać prestidigitatorem. Czasami wysłuchiwał ciekawych historyjek od kolegów z osiedla o takim jednym Mawiekoswkim- iluzjoniście wszechczasów, znanym tylko nielicznym. Mawiekoswki twierdził, że gdy skupi się całą energię w jednym momencie i intensywnie o czymś pomyśli to wszystko może się zdarzyć. Janek szybko przekalkulował swoje szanse na dobrą ocenę i wyszedł z założenia, że nie ma już nic do stracenia. Wszystkie oczy w tym momencie skierowane były na 18-latka, lecz ten niczym się nie przejmując, postanowił skorzystać z rady idola. Zamknął oczy i próbując intensywnie zapomnieć o fakcie, że znajduje się w centrum dwudziesto pięcioosobowej klasy przypomniał sobie jak pewien uchachany delikwent opisywał mu rok temu, jak to się buddyjscy mnichowie zachowują podczas medytacji. Bez chwili zastanowienia zaczął wydawać z siebie niesamowite dźwięki: "Mmmmmmmm ooooooo mmmmm…" starając wykrzesać z siebie odrobinę skupienia.
Ogłupiali koledzy po chwili stagnacji w osłupieniu z szeroko otwartymi gębami wybuchli szyderczym śmiechem. Adam spadł z krzesła, Kazio fiknął koziołka, Józio trzymał się pod bokami, bo ze śmiechu aż go brzuch rozbolał. Chłopcy wspólnym głosem zaczęli krzyczeć : "Janek to bałwanek! Siedzieć mu się zachciało, trzeba było się uczyć Ty głupia zakało!" Po pięciu minutach cała klasa podchwyciła tą wybitnie głupią przyśpiewkę. Nagle doprowadzony do granicy wytrzymałości profesor wstał i drąc się w niebo głosy kazał Jankowi wyjść...I wtedy ktoś zapukał do drzwi sali.
cdn.:
Napisała niejaka Monika Auguścik
"Przekład intersemiotyczny sonetu "Do trupa" Jana Andrzeja Morsztyna"
Na lekcji języka polskiego 8 października uczniowie klasy II gimnazjum mieli okazję popisać się swoimi zdolnościami plastycznymi. "Malowanie wiersza" poprzedzone zostało dokładną jego analizą i interpretacją oraz wyjaśnieniem różnicy między systemem znaków, jakim operuje malarstwo i literatura. Po zakończeniu pracy uczniowie omawiali swoje dzieła na forum klasy, a następnie zaprezentowali całej szkole w formie wystawy prac na III piętrze.
Leżysz zabity i jam też zabity, Ty - strzałą śmierci, ja - strzałą miłości, Ty krwie - ja w sobie nie mam rumianości. Ty jawne świece, ja mam płomień skryty.
Tyś na twarz suknem żałobnym nakryty, Jam zawarł zmysły w okropnej ciemności, Ty masz związane ręce - ja wolności Zbywszy mam rozum łańcuchem powity.
Ty jednak milczysz, a mój język kwili, Ty nic nie czujesz, ja cierpię ból srodze, Tyś jak lód, a jam w piekielnej śreżodze.
Ty się rozsypiesz prochem w małej chwili, Ja się nie mogę, stawszy się żywiołem Wiecznym mych ogniów, rozsypać popiołem.
Lekcję przygotowała W.Kozera-Huszczo.
„Mały Książę” – sposób na lekturę
GdańskieWydawnictwo Oświatowe proponuje w ramach omawiania lektur szkolnych gry dydaktyczne. Postanowiłam przetestować jedną z nich na lekcji języka polskiego w II klasie gimnazjum
Zestaw do gry zawiera planszę odzwierciedlającą wędrówkę Małego Księcia po różnych planetach, karty z pytaniami dotyczącymi lektury oraz karty z cytatami. Potrzebne są jeszcze pionki i kostki. Gracze poruszają się po planszy zgodnie z wyrzuconą liczbą oczek i odpowiadają na wylosowane przez siebie pytania. Zwycięża zawodnik, który zgromadził największą ilość kart z cytatami.
Celem gry (dzięki wcześniejszemu jej zapowiedzeniu) jest zachęcenie uczniów do wnikliwego przeczytania lektury i dokładnego zapamiętania szczegółów jej treści.
Gra okazała się znakomitym wstępem do omawiania lektury, dzięki niej uczniowie zgromadzili ciekawy materiał literacki do dalszej analizy. Wybrane cytaty: „Wszyscy dorośli byli kiedyś dziećmi. Choć niewielu z nich o tym pamięta”, „Wśród ludzi jest się także samotnym”, „Nawet w obliczu śmierci przyjemna jest świadomość posiadania przyjaciela”, „Decyzja oswojenia niesie w sobie ryzyko łez”, „Dobrze widzi się tylko sercem. Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu”.
- To była świetna zabawa, nawet nie wiem, kiedy lekcja minęła! - Dzięki tej grze było widać, kto naprawdę przeczytał lekturę! - Fajnie, że najlepsi zostali nagrodzeni oceną z przedmiotu
Lekcja języka polskiego, metodą dramy
Lektura pt. "Krzyżacy" bardzo spodobała się uczniom klasy I gimnazjum. Dyskutowali o niej chętnie i z dużym zaangażowaniem, dlatego pomyślałam, że muszę znaleźć ujście dla ich emocji. Do tego najlepiej nadaje się drama. Uczniowie z entuzjazmem przyjęli pomysł wcielenia się w role bohaterów "Krzyżaków": Zbyszka, Danusi, księżnej Danuty Mazowieckiej czy Hlawy. Do inscenizacji wybraliśmy fragment pasowania rannego Zbyszka na rycerza. Uczniowie zostali podzieleni na dwie konkurujące grupy i mieli do dyspozycji tekst lektury oraz tekst źródłowy (historyczny) na temat ceremonii pasowania (kolejność czynności, tekst modlitwy i przysięgi). Na odbiór całości duży wpływ miały wcześniej przygotowane stroje i rekwizyty. Myślę, że ta lekcja zapadnie im w pamięć.
Weronika Kozera-Huszczo
Lekcja języka polskiego, temat:" Żal po śmierci dziecka wyrażony w trenach Jana Kochanowskiego ".
Literatura staropolska wydaje się być taka odległa i niezrozumiała… Jak przybliżyć ją uczniom? Wystarczy pobudzić w nich sferę emocjonalną, podyskutować o uniwersalnych problemach jak miłość czy śmierć, a Kochanowski okaże się filozofem na miarę naszych czasów! (Definicję trenu jako gatunku i termin parafraza można wprowadzić niejako mimochodem…) A jak obejść archaizmy? Wystarczy zabawić się w poetów i uwspółcześnić język - efekty mogą być zaskakujące!
O lekturze "Mistrz i Małgorzata" nieco inaczej!!!
Teatr Varietes
przedstawia:
Seans Czarnej Magii
Oglądały i gratulowały: prof. J.B. Biała, prof. A. Urbańczyk oraz prof. J. Klink