Pod koniec sierpnia ruszylśmy na podbój Jury Krakowsko-Częstochowskiej. To, co tam zobaczyliśmy, może i da się ująć w słowa, lecz tego czego się nauczyliśmy już nie. Jura zachwyca przede wszystkim krajobrazami, które njlepiej podziwiać ze szczytu Góry Zborów. Już po kilku godzinach od przyjazdu mogliśmy cieszyć nimi oczy. Przed nami, jak okiem sięgnąć, ciągnęły się lasy, a spośród nich przezierały samotne ostańce, skały wapienne powstałe przez setki tysięcy lat w wyniku procesów krasowych. Tu i tam od tafli jezior, zazwyczaj pochodzenia antropogenicznego, odbijały się promienie sierpniowego słońca. A na horyzoncie majaczyły ruiny Orlich Gniazd, czyli zamków Kazimierza Wielkiego. A to był dopiero początek…

Wcieliliśmy się w rolę wspinaczy, by po gładkich pionowych ścianach, pod okiem instruktora, wejść na samą górę. Nie było łatwo, mięśnie i palce bolały, ale było warto. Wbrew pozorom zejście było trudniejsze. A gdy mowa już o schodzeniu to i taką mieliśmy możliwość. Tym razem jako speleolodzy badaliśmy jaskinie jurajskie, których w powiecie zawierciańskim nie brakuje. Czasem trzeba było się czołgać głową w dół, ale to nie odstraszyło nikogo. Nocki i rudawki, czyli nietoperze, ani sieciarz jaskiniowy, najbardziej jadowity pająk w Polsce, towarzyszyły nam co raz wpadając w snop światła latarek czołowych.
Szukaliśmy śladów bytności ludzi sprzed ponad tysiąca lat, pozyskiwaliśmy szpat, czyli kalcyt, a przede wszystkim słuchaliśmy ciekawych opowieści, historii i legend związanych z Jurą.

Wszyscy bawili się wspaniale, a kondycja fizyczna wystawiona była na ciężką próbę. Przetrwali tylko najsilniejsi…czyli wszycy. Ze stoku narciarskiego zazwyczaj się  zjeżdża…a my na niego wbiegaliśmy i to kilkukrotnie.