Niełatwa sztuka debatowania: Czy wprowadzenie euro jest korzystne dla gospodarki i obywateli?
W debacie zorganizowanej przez Centrum Informacji o Euro wzięli udział nasi uczniowie. Uczestnicy podzielili się na przeciwników i zwolenników wprowadzenia wspólnej waluty europejskiej…

Wśród pierwszych dominował argument kosztów związanych z przyjęciem euro, a drudzy podkreślali m.in. korzyści wynikające chociażby ze zmniejszenia kosztów transakcyjnych.
Polemika na tak ważny temat wymagała wcześniejszego przygotowania, ale myślę, że również po debacie warto poszerzyć zakres swojej wiedzy.

Zapraszam do przeczytania fragmentu wywiadu, jakiego prof. Grzegorz Kołodko udzielił dla Forsal.pl (portal finansowy) w ubiegłym tygodniu.

Jak Pan widzi przyszłość strefy euro?

Euro stanowi dobry sposób wpisania się w nieodwracalną globalizację. Dzięki temu powstaje – fakt, nie bez problemów, w znojnym wysiłku – większy i silniejszy podmiot, który z czasem powinien być jeszcze bardziej zdolny do konkurencji z innymi częściami współzależnej gospodarki ogólnoświatowej. Świat przyszłości – za kilkadziesiąt lat, pod koniec wieku, w odróżnieniu od starego już świata z początków tego stulecia – nie będzie dzielił się na blisko dwieście gospodarek narodowych, ale będzie się składał z kilkunastu dużych regionalnych ugrupowań integracyjnych oraz Chin, które są tak olbrzymim rynkiem, że nie muszą się integrować z nikim, poza całą resztą świata.

Czy wstąpienie do strefy euro jest korzystne dla polskiego społeczeństwa?

Wszystko co jest korzystne dla polskiej gospodarki, jest korzystne dla polskiego społeczeństwa, a więc także przystąpienie do europejskiej unii walutowej.

Dlaczego zatem Polska powinna przyjąć wspólną walutę?

Po pierwsze, wspólna waluta zmniejsza koszty transakcyjne, które są olbrzymie. W Polsce ponosimy rokrocznie koszty przekraczające 40 mld zł tylko z tytułu wymiany pieniądza. Każdy importer i eksporter musi nieustannie wymieniać pieniądze. Czynimy to samo jako turyści. To jest łatwy, w zasadzie pozbawiony ryzyka, przychód pośredników finansowych – sektora bankowego, kantorów. Grupy te nie będą szczęśliwe nazajutrz po tym, jak zniknie złoty, bo zniknie znaczna część tak intratnego dla nich rynku wymiany złotego na euro. Ale na dłuższą metę i dla nich jest to korzystne.

Po drugie – i, co ważniejsze – funkcjonowanie w ramach obszaru euro eliminuje ryzyko kursowe. Dziś bardzo wielu polskich przedsiębiorców nie decyduje się na uruchomienie dłuższych serii produkcji eksportowej, a przede wszystkim nie podejmuje decyzji inwestycyjnych, nie mając gwarancji co do tego, jaki będzie kurs w przyszłości. Po co mają zwiększać moce wytwórcze, skoro w obliczu kryzysu te istniejące nie mogą być w pełni wykorzystane? A zwłaszcza po co – ile?, w co?, jak? – mają inwestować, skoro nie wiadomo, co będzie opłacalne w handlu zagranicznym, bo nie wiadomo, ile będą otrzymywać za euro uzyskane w eksporcie?

Mówiliśmy o pewnych teoretycznych zaletach wejścia do strefy euro. Jakie praktyczne warunki powinny zostać spełnione, aby Polska faktycznie na tym dobrze wyszła?

Po pierwsze, politykę w Polsce musimy opierać na założeniu, że euro przetrwa obecny kryzys. Osobiście przyjmuję takie założenie, ale stuprocentowej pewności mieć nie możemy. Euro może nie przetrwać – to mało prawdopodobne, ale niewykluczone. Jeśli zepchnie się wpierw Hiszpanię, a potem Włochy w zapaść w stylu greckim, to euro nie przetrwa. Nie musi do tego dojść. Jeśli Niemcy dojdą do wniosku, że utrzymywanie euro jest dla nich zbyt kosztowne, to euro nie przetrwa. Nie powinni dojść do takiego wniosku, bo jak dotychczas najbardziej na euroizacji skorzystały.

Po drugie, politykę tę musimy prowadzić tak, aby idąc do euro, dokonać określonych zmian strukturalnych, poprawiających konkurencyjność naszej gospodarki i wzmacniających pozycję konsumenta, o którego interesy wciąż dba się za mało.

I po trzecie, należy wejść do strefy euro przy właściwym kursie – to jest sprawa najważniejsza. Nie kiedy, ale z jakim kursem. Powtarzam to od lat.

Co to oznacza?

Właściwy jest taki kurs, który dobrze prowadzonym firmom, o zdyscyplinowanej załodze i dobrej klasy zarządzaniu, umożliwi konkurencyjność międzynarodową. Polska – będąc wciąż tylko umiarkowanie otwartą gospodarką – jeśli chce rosnąć w ponadprzeciętnym tempie, musi oprzeć się na strategii wzrostu napędzanego przez eksport. Tymczasem w ostatnich latach rośnie wolniej niż gospodarka światowa. Warto uzmysłowić sobie, że w czasach rządowego bajdurzenia o „zielonej wyspie” światowa produkcja rośnie szybciej niż w Polsce i w rezultacie nasz udział w światowej produkcji spada, a nie zwiększa się. Podczas ćwierćwiecza posocjalistycznej transformacji, w latach 1989-2013, średnie roczne tempo wzrostu osławionego PKB wynosiło zaledwie około 3 procent; tyle co dla całego globu. I to przede wszystkim dzięki wysokiej dynamice osiągniętej w latach realizacji „Strategii dla Polski”, 1994-97, oraz przyspieszeniu uzyskanym po zainicjowaniu „Programu Naprawy Finansów Rzeczypospolitej”. Gdyby nie to, to wskutek chybionego szoku bez terapii z początku lat 1990. i szkodliwego przechłodzenia gospodarki w końcu tamtej dekady, zostawalibyśmy jeszcze bardziej w tyle.

Patrząc zaś w przyszłość pod kątem wprowadzenia Polski do euro i euro do Polski, eksport musi być dla dobrze prowadzonych firm opłacalny, co zasadniczo zależy od poziomu kursu. Nie możemy zgodzić się na przystąpienie do euro przy nadmiernej aprecjacji złotego, nie można zaakceptować kursu przewartościowanego złotego przy ustalaniu jego referencyjnego poziomu z partnerami z Unii Europejskiej. Będzie to przedmiotem negocjacji i będziemy podczas tego procesu pod bardzo silnym naciskiem określonych grup interesu.

Jakich?

Tych, których interesy związane są z firmami i krajami eksportującymi do Polski. Grupom tym będzie zależało, aby Polska weszła do strefy euro z silnym złotym. Znów tzw. znani ekonomiści i skorumpowani publicyści – a także najzwyczajniej w świecie lobbyści, bo lobbying jest czymś normalnym, jeśli nie posługuje się kłamstwem i nie wprowadza cyniczną premedytacją opinii publicznej, a zwłaszcza decydentów politycznych i menedżerów w błąd – będą opowiadać bzdury w mediach, że „złotówka” (polski pieniądz nazywa się złoty) się wzmacnia i że jest to dobre. Otóż jeśli złoty wzmacnia się nadmiernie, to polska gospodarka słabnie. Nadmierne wzmocnienie złotego już przechodziliśmy, gdy polski eksporter uzyskiwał za euro 3,2 zł, zaś za dolary 2 zł. Rozłożyło to m. in. przemysł stoczniowy i teraz statki, które nadal można by produkować w Polsce, wodowane są gdzie indziej. Tak bardzo proeksportowy sektor w tych warunkach nie mógł wytrzymać zagranicznej konkurencji, nawet gdyby był perfekcyjnie zarządzany i bazował na najlepszej technologii.

Niemcom, Francji i wszystkim tym, którzy sprzedają nam swoje towary, bo to tam eksport do Polski nakręca koniunkturę, podnosi zyski, tworzy dodatkowe miejsca pracy, poszerza bazę podatkową, daje wyższe dochody do budżetu. Tego nikt nie będzie mówił głośno, tylko będziemy słuchać pseudonaukowych argumentów nieuczciwych (i „znanych”) ekonomistów, że im silniejszy złoty, tym lepiej.

Przy kursie 3,5 za euro będziemy taniej wyjeżdżać na narty w Alpy.

Oczywiście to prawda – jak i to, że również taniej będzie na snowboardzie, na którym ja zjeżdżam – ale tutaj niezbędny jest kompleksowy rachunek. Jak kurs wpłynie na wielkość długu publicznego, którego część jest długiem zagranicznym? Jak kurs wpłynie na import i eksport, a w rezultacie na saldo obrotów towarowych z zagranicą? Jak oddziaływać będzie na rozmaite transfery i, koniec końców, na bilans płatniczy? A jak na zadłużenie gospodarstw domowych? Jak kurs wymiany w dłuższym okresie wpłynie na dynamikę gospodarczą?

Zbyt silny złoty byłby niekorzystny, ale słaby złoty również byłby niekorzystny. Przy zbyt słabym pieniądzu drożeje wsad importowy, który podnosi koszty produkcji, co prowadzi do nasilania inflacji kosztowej. Oczywiście byłaby to dobra nowina dla turystyki przyjazdów, ale już zła dla wyjazdowej – dla tych szusujących w Alpach narciarzy. Słaby złoty nakręca też inflację bezpośrednio, bo niejako automatycznie wszystko co z importu staje się droższe. Uprawniony jest tylko rachunek kompleksowy, a nie wybiórcze manipulowanie raz tym, raz innym wycinkiem współzależnego układu gospodarczego.

Gdzie jest zatem złoty środek?

To nie jest jakiś jeden punkt, to jest raczej wąski przedział – obecnie znajduje się gdzieś pomiędzy 4,10-4,20 złotego za euro. Akurat aktualny kurs jest dobry, korzystny dla naszej gospodarki. Natomiast co do przyszłej konwergencji, to nie należy się godzić na kurs mniejszy niż 4 złote za euro. A już lobbyści złej sprawy „prognozują” za kilka lat kurs 3,50. To by poważnie zaszkodziło Polsce.

Gdyby wszak w ciągu najbliższych kilku lat wskutek żywiołowych mechanizmów na rynkach finansowych, a także wskutek szybszego wzrostu wydajności pracy w Polsce niż na Zachodzie, co jest dobrą wiadomością, tak się stało, że euro będzie kosztowało 3,5 złotego, to wówczas trzeba opóźnić wejście do strefy euro. Jak trzeba będzie, to nawet poprzez zwiększenie deficytu budżetowego, aby nie spełniać kryteriów z Maastricht.

26 lutego podczas posiedzenia Rady Gabinetowej ustalono, że Polska skupi się na spełnieniu kryteriów z Maastricht, zaś dyskusję o dacie przyjęcia euro odłożono na okres po wyborach prezydenckich 2015 r.

I słusznie. Ta dyskusja będzie wracała wielokrotnie – z różnym nasileniem, z różnych powodów, zarówno wewnętrznych jak i zewnętrznych. Jeśli Grecja ogłosi niewypłacalność – a uważam, że tak się stanie po wyborach parlamentarnych w Niemczech i po tym, jak osiągnie (już prawie jej się to udaje) równowagę pierwotnego budżetu, a więc nie licząc

kosztów obsługi długu publicznego – to będziemy sobie zadawać pytanie, po co wchodzić do takiej strefy euro. Będzie tu dużo fajerwerków, także zupełnie jałowej dyskusji, ale też – mam nadzieję – coraz więcej zrozumienia istoty sprawy zarówno wśród szerokiej publiczności, jak i w gronie wpływowych polityków. Dyskusja ta będzie się również toczyć po wejściu do unii walutowej.

Kiedy to się stanie?

Przy obecnych realiach politycznych Polska może wejść do strefy euro około roku 2018. Nie sądzę, aby stało się to wcześniej, natomiast możliwe jest, że stanie się to jeszcze później. Przy czym – raz jeszcze – nie termin jest tu najważniejszy, lecz kroczenie do strefy euro w sposób sensowny. Najważniejsze jest, przy jakim stanie się to kursie.

Dla zainteresowanych cały wywiad: http://forsal.pl/artykuly/690388.kolodko

Opracowała Elżbieta Garncarek